Milk is good for you

Copyright © 2003 Bogusław Pajda

Od autora: Od napisania poniższego artykułu wiele zmieniło się na rynku szkół językowych, ale obszerne jego fragmenty nic nie straciły na aktualności. Dlatego prezentujemy go w jego oryginalnej formie.

Początek września to dla wielu Polaków tradycyjnie już okres wyboru odpowiedniej szkoły języków obcych dla siebie lub swojego dziecka. Wzrastająca z roku na rok liczba szkół pociąga za sobą zaostrzenie rynkowej gry. W jaki sposób szkoły walczą o swoją pozycję i jak wystrzegać się pułapek z tą walką związanych? Przed podjęciem ostatecznej decyzji warto się nad tym zastanowić.

To, co dzieje się obecnie na rynku języków obcych jest doprawdy fascynującym zjawiskiem. Fenomen polega na tym, że nawet w stosunkowo niewielkim mieście, w którym przyszło mi mieszkać, potencjalny klient ma obecnie do dyspozycji imponującą liczbę szkół, ośrodków, centrów i innych instytucji proponujących mu usługi edukacyjne w tym zakresie. Wystarczy na przełomie sierpnia i września przyjrzeć się tablicom ogłoszeniowym – większość ich powierzchni zaklejona jest plakatami szkół językowych. Fakt faktem, ze względu na ilość szkół zainteresowanych tego typu reklamą, miejsce na tablicach w tym okresie trzeba rezerwować u lokalnej firmy obsługującej afisze na kilka miesięcy wcześniej!

Kiedy się nad tym zastanawiam, przypominają mi się “dawne czasy” kiedy człowiek szedł do sklepu i kupował po prostu… mleko – w zwykłej, szklanej butelce. Dziś przed podjęciem decyzji o zakupie tego jakże istotnego składnika naszej codziennej diety musimy dokonać poważnego wyboru! Grafika i naukowo brzmiące informacje dietetyczne drukowane na kartonach prześcigają się w przekonywaniu nas, że tylko mleko z tej mleczarni (najlepiej od alpejskich lub mazurskich krów), bynajmniej nie z innej, dostarczy naszemu organizmowi “optymalnego” zestawu składników. Jako konsumenci lubimy wierzyć, że “coś w tym jest”, podczas gdy, nie oszukujmy się, w każdym z tych kartonów jest po prostu… mniej lub bardziej rozwodnione mleko.

Podobnie sytuacja wygląda na rynku języków obcych. Jeszcze 10 lat temu można było zacząć działalność w garażu, wywiesić napis: “lekcje angielskiego” a ludzie sami przyszli. To był prawdziwy “American Dream”, którego sam doświadczyłem – pamiętam bowiem moje pierwsze zajęcia w szkole językowej, w której byłem najpierw lektorem-pionierem, a później dyrektorem metodycznym. Dziś dziwię się, że wtedy w ogóle mieliśmy klientów, zważywszy na spartańskie warunki, jakie im proponowaliśmy: biuro w jednym budynku, sala w innym (w odległości co najmniej 200 metrów), bez toalety, prawdziwej tablicy, a magnetofon i inne pomoce trzeba było przynieść ze sobą, co w zimie było naprawdę uciążliwe. Ale był za to zapał. Ludzie pragnęli po prostu mleka!

Dziś klient nie pragnie “jakiegoś tam mleka”, lecz tej jedynej, unikalnej, specjalnie wyselekcjonowanej mikstury, która musi mu być sprzedana w odpowiednim opakowaniu. Trudno się dziwić: współczesne metody marketingowe przyzwyczaiły nas do tego, że żaden produkt nie może być już zwyczajnym produktem – musi być “superproduktem”. Język angielski i inne języki obce są obecnie dobrze sprzedającym się towarem. Jednak, ponieważ pojawiło się wielu “producentów”, którzy słusznie rozpoznają w owym trendzie swoją szansę na komercyjny sukces, wprost proporcjonalny do ilości uczniów uczęszczających na ich zajęcia, rozpoczęła się swoista wojna marketingowa polegająca na dobieraniu przez szkoły odpowiedniego “opakowania”. Samo słowo “angielski” czy “niemiecki” nie działa już magicznie, szkoły zaczęły dziś sprzedawać “superangielski” i inne “superjęzyki”.

Doświadczony metodyk języka obcego lub osoba, która ma za sobą kilka lat nauki jakiegoś języka, może się niejednokrotnie uśmiechnąć pod nosem czytając litanie obietnic recytowane przez poszczególne szkoły. Laik natomiast będzie się drapał po głowie odczuwając coś, co zapewne odczuwał osiołek, któremu “w żłoby dano” – “Któraż to szkoła najszybciej, najtaniej i najłatwiej nauczy mnie języka obcego?” Te trzy składniki wydają się bowiem być najważniejsze dla przeciętnego klienta, co można wywnioskować z pytań zadawanych przez robiących rekonesans po szkołach i zbierających informacje przed podjęciem ostatecznej decyzji: Kiedy będę się mógł swobodnie porozumieć? Jak szybko przygotujecie mnie do FCE? Dużo jest zadania domowego? A ile to wychodzi za jedną lekcję? – to tylko niektóre z nich.

Podczas gdy najtaniej jest w pewnym sensie (choć nie do końca) zrozumiałą potrzebą, to najszybciej i najłatwiej wynika już z pewnej naiwności przeciętnego kandydata, którą szkoły językowe chętnie wykorzystują wmawiając mu, że to właśnie u nich łatwo i szybko osiągnie swój cel. Jest to, oczywiście, swego rodzaju przekłamaniem podobnym do obietnic autorów różnorakich “cudownych diet”, które gwarantują obniżenie wagi naszego ciała bez wysiłku fizycznego i bez odmawiania sobie żadnych łakoci! Niestety, wielu uczniów rezygnuje z nauki języka obcego właśnie dlatego, iż oczekują, że “dobra szkoła” wleje im go do głowy bezstresowo i bez wysiłku z ich strony, za to z dużą dozą “funu”.

Źródło tej sytuacji można odkryć analizując niektóre metody marketingowe szkół językowych, choćby tylko tych lokalnych. “Metody marketingowe” to być może w kilku przypadkach zbyt wielkie słowo – niektóre szkoły kierują się bowiem zdrowym rozsądkiem i intuicją projektując swoje materiały promocyjne – są to jednakże jakieś metody mające na celu zachęcenie potencjalnego klienta.

Jedną z nich jest metoda typu “choćbyś chciał, nie uwolnisz się od nas” rodem z orwellowskiego “1984”. Innymi słowy: “Wielki Brat patrzy”. Polega na nasyceniu miasta swoimi afiszami i ogłoszeniami, od których po prostu nie da się uciec. Metoda irytująca, ale, w mniemaniu autorów, skuteczna: Sprawimy, że kiedy pomyślisz “język obcy”, następną twoją myślą będzie “już wiem gdzie”!.

Niektóre szkoły starają się także przekonać potencjalnego klienta, że posiadają wyjątkowych, unikalnych i najlepszych na rynku fachowców. Szkoły te zapraszają na tak zwane “profesjonalne kursy” (sugerujące domniemany brak profesjonalizmu u konkurencji). Ostatnio dodano do tej kategorii również “profesjonalnych egzaminatorów”. Prawda jest jednak taka, że szkoły prywatne zatrudniają głównie nauczycieli pracujących równolegle w szkołach państwowych, a na rynku działa wielu doskonałych profesjonalistów, również egzaminatorów, którzy rok rocznie układają i przeprowadzają egzaminy na wszystkich poziomach zaawansowania, z najwyższym poziomem (Proficiency) włącznie, i nie wszyscy skupieni są w jednej szkole językowej. Dlatego wmawianie klientom, że “nasi wykładowcy” i “nasi egzaminatorzy” to wyjątkowa gwardia, ewentualnie, że “pracują u nas najlepsi lektorzy” (czy istnieje jakiś oficjalny ranking “jakości” lektorów?) jest po prostu papką “PR”, której potencjalny klient powinien się wystrzegać.

Wiąże się z tym również ambicja niektórych szkół do zatrudniania wyłącznie lektorów z tytułem magistra (a nie licencjata) i przedstawiania tego w materiałach promocyjnych jako jedynie słusznej polityki (“Zatrudniamy wyłącznie magistrów.”). Jednak, poza robieniem dobrego wrażenia na nieświadomych klientach, polityka ta nie ma żadnych racjonalnych podstaw. Jako wieloletni szkoleniowiec nauczycieli mogę zapewnić, że niejeden licencjat jest znacznie lepszym fachowcem niż niejeden magister. Licencjaci zwykle mają za sobą ogromny ładunek zajęć z metodyki nauczania języka obcego oraz godziny praktyk obserwacyjnych i zawodowych, czego brakuje wielu absolwentom uniwersytetów z tytułem magistra, z których niektórzy metodykę ledwie “liznęli” podczas studiów. Jako dyrektor metodyczny współpracowałem z niejednym licencjatem i byłem z ich fachowości bardzo zadowolony. Byli to ludzie zapaleni do pracy, pomysłowi i kreatywni. Ich zajęcia były cenione przez słuchaczy na równi z zajęciami prowadzonymi przez magistrów, a niejednokrotnie i wyżej.

Wielu z moich kolegów i koleżanek licencjatów przyznaje, że kończąc dodatkowe studia magisterskie zrobili to nie po to, by podnieść swoje kwalifikacje zawodowe, które i tak były wystarczająco wysokie, a po prostu po to, żeby poczuć się lepiej i być traktowanym z większym szacunkiem. Jedna z moich znajomych, długoletni pracownik prywatnej szkoły językowej w Krakowie, stara się obecnie jak może, żeby “zrobić magistra”, gdyż wywierana na nią presja stała się w jej mniemaniu po prostu nie do zniesienia. Szkoda, że mit społeczny i polityka niektórych szkół z przerostem ambicji wywołuje u wielu licencjatów kompleks niższości i desperację, zabierając im ich należyte miejsce wśród profesjonalnych nauczycieli.

Kolejna marketingowa obietnica bazuje na “sprawdzonych metodach”, co ma zasugerować klientowi, że inne ośrodki metod “sprawdzonych” zapewne nie stosują. Fakt jest jednak taki, że (poza nielicznymi szkołami stosującymi eksperymentalne podejście i nowatorskie trendy) każda ze szkół proponuje w gruncie rzeczy te same metody nauczania. Powodem takiej sytuacji jest, po pierwsze, fakt, że wszystkie szkoły zatrudniają nauczycieli, którzy studiowali tą samą metodykę nauczania języków obcych. Po latach eksperymentów i badań okazało się, że niewiele już nowego da się w metodyce wymyślić. Po okresach hegemonii kolejnych metod, takich jak choćby metoda audiolingwalna (która nastawiona była na naukę pamięciową i automatyzację odruchów językowych) czy eksperymentów spod znaku sugestopedii (która obiecywała “bezstresowe” opanowanie języka stosując sugestywne nastroje, muzykę i poezję) a później metody komunikatywnej (która kładła nacisk na porozumiewanie się, po macoszemu traktując poprawność gramatyczną i wymowę), nadeszła era “metodycznego recyklingu”.

Obecnie każdy świadomy swojej roli nauczyciel stosuje tak zwaną metodę “eklektyczną”, to znaczy wybiera z każdej z powyższych technik pewne elementy i, po odpowiednim rozpoznaniu sytuacji w grupie uczniów, z którą pracuje, zestawia je razem w różnych proporcjach w zależności od potrzeb, wieku, celów i poziomu jej członków. Każdy dobry nauczyciel “ściąga” pomysły z różnych źródeł i właśnie do tego potrzebna mu jest cecha zwana “kreatywnością”. Robią to jednak nauczyciele we wszystkich szkołach, a nie, jak nas niektóre z nich zapewniają, wyłącznie członkowie pewnej dobrze poinformowanej elity skupionej wokół ich ośrodka.

Każdy, kto na serio myśli o nauce języka obcego nie powinien naiwnie przypuszczać, że istnieje jakaś magiczna metoda i droga na skróty, choć są szkoły, które chcą, abyśmy w to wierzyli. Nauka języka obcego w sztucznej sytuacji jaką stwarza każdy kurs językowy, oprócz pewnej dozy naturalnych zdolności i dużej dozy motywacji, wymaga od ucznia systematycznej i wytrwałej pracy, odpowiedniej ilości czasu i sporo wysiłku. Jest to żmudny proces będący kombinacją pracy pamięciowej i “nasiąkania” językiem ze źródeł “pozapodręcznikowych”, takich jak odpowiednio dobrane teksty mówione i pisane, a na wyższych poziomach systematyczny kontakt z prasą, literaturą, i innymi mediami operującymi językiem, którego się uczymy. To z kolei oznacza, że niezmiernie istotnym elementem nauki języka obcego jest własna, systematyczna praca ucznia poza zajęciami w szkole. Jest to również zgodne z najnowszymi trendami metodycznymi opartymi na tzw. “autonomii ucznia”, które przerzucają odpowiedzialność za postępy w nauce na uczącego się i promują “uczenie ucznia w jaki sposób powinien się uczyć” aby osiągnąć sukces. Dlatego naiwnością jest przypuszczać, że można się nauczyć języka wyłącznie na zajęciach w szkole, nic poza nimi nie robiąc.

Drugim powodem, dla którego szkoły proponują w zasadzie te same metody nauczania jest fakt, że wszystkie używają tych samych, ogólnodostępnych materiałów dydaktycznych zwanych potocznie… podręcznikami. Żadna z nich nie posiada tajemnych ksiąg zawierających magiczne receptury na sukces. Dotyczy to również reklamowanych przez niektóre szkoły “oryginalnych materiałów egzaminacyjnych”. Poza jej dobrym brzmieniem, po takiej obietnicy nie można się niczego więcej spodziewać. “Oryginalne materiały egzaminacyjne” są produktem komercyjnym wydawanym przez każde z szanujących się wydawnictw językowych, które można zakupić w każdej księgarni językowej, łącznie z kasetą i kluczem z odpowiedziami.

Wracając do podręczników, to podczas gdy indywidualne preferencje ucznia i nauczyciela mogą spowodować, że z danym podręcznikiem pracuje im się łatwiej lub trudniej, bardziej lub mniej efektywnie, wszystkie dostępne na rynku podręczniki opierają się w gruncie rzeczy na tej samej, wspomnianej już, metodzie “recyklingu”. Dlatego promowanie się szkół przez proponowanie klientom “nowoczesnych podręczników” opartych na “najnowszych metodach nauczania” mija się po prostu z celem, gdyż innych podręczników najzwyczajniej na rynku już nie ma. Dlatego potencjalny klient powinien uważać na tego typu sformułowania.

Jeszcze jednym punktem przetargowym gwarantującym sukces nauki w danej szkole mają być tak zwani “native speakerzy” czyli rodzimi użytkownicy określonego języka obcego (Brytyjczycy, Amerykanie, Niemcy, itp.). Kontakty z “native speakerami” są, oczywiście, jak najbardziej wskazane. Mając zajęcia z taką osobą łatwiej nam przyswoić wymowę języka obcego, nauczyć się naturalnego zachowania w sytuacji konwersacyjnej czy przełamać strach przed mówieniem w języku obcym. Wpływa to także na naszą motywację, zmuszając nas do komunikacji z obcokrajowcem w jego języku – nie mamy po prostu innego wyjścia.

Jednak moje własne obserwacje jako studenta i jako metodyka (brałem udział w zajęciach kilkunastu native speakerów w kolegium językowym i na uniwersytecie), poparte doświadczeniem wielu kolegów po fachu, pokazują, że zajęcia z obcokrajowcami, choć zazwyczaj bardzo zajmujące i prowadzone “na luzie”, nie zawsze dostarczają uczniowi tego, czego potrzebuje, to znaczy odpowiedniego wyważenia atrakcyjności zajęć i konkretnego ładunku materiału dydaktycznego, który musi zostać odpowiednio wyjaśniony i przećwiczony w odniesieniu do istniejącej wiedzy lingwistycznej ucznia, czyli języka ojczystego (w naszym przypadku języka polskiego). Wielu obcokrajowców nie jest po prostu w stanie wyjaśnić pewnych struktur w oparciu o to, co ich uczniowie znają już z własnego języka.

Dlatego potencjalny klient, któremu z wyżej wymienionych powodów zależy na kontakcie z obcokrajowcem, powinien się upewnić, czy native speakerzy zatrudniani przez daną szkołę są tylko osobami, które po prostu mówią w obcym języku (parając się przy tym przeróżnymi, bynajmniej nielingwistycznymi, fachami takimi jak ślusarstwo czy kierowanie autobusem – mówię z doświadczenia), czy też są wykształconymi nauczycielami z odpowiednią praktyką w nauczaniu obcokrajowców własnego języka. Jest to doprawdy bardzo istotne, gdyż łatwo, dając się skusić reklamowej obietnicy, powierzyć swoje pieniądze komuś, kogo wiedza niewiele nas ubogaci. Powagę tego problemu można sobie uprzytomnić przeprowadzając krótki test. Wystarczy sobie wyobrazić, że wyjeżdżamy dziś do obcego kraju i mamy tam zamiar uczyć grupę entuzjastów języka polskiego. Na ile poradzimy sobie z takim zadaniem, zakładając nawet, że będziemy mieli do tego celu odpowiedni podręcznik?

Kolejną obietnicą, która sprawia, że jako potencjalni klienci możemy się poczuć dobrze, jest udzielanie przez niektóre szkoły… gwarancji osiągnięcia sukcesu (a zwłaszcza zdania jednego z egzaminów Cambridge). Gwarantowanie sukcesu w nauce języka obcego można by przyrównać do udzielania gwarancji na pogodę. Pomimo istnienia coraz doskonalszych przyrządów i systemów satelitarnych pozwalających na dużą aproksymację w stosunku do rzeczywistości, nikt takiej gwarancji nie odważyłby się udzielić, gdyż pewne zjawiska są nieprzewidywalne i nawet najlepsi synoptycy popełniają błędy. Podobnie jest w nauce języka obcego. Uczeń może rokować dobre nadzieje, jednak rzeczywistość egzaminacyjna (stres, złe samopoczucie, niespodziewanie trudny komponent testu, itp.) może się okazać zgoła inna. Pół biedy, jeśli gwarancja udzielana jest tylko najlepszym uczniom, których wiedza, przed udzieleniem takiego zapewnienia, została zdiagnozowana testem wewnętrznym, jednak istnieją szkoły, które gwarantują sukces “na wejściu”. Potencjalny klient powinien jednak pamiętać, że jedyną gwarancją sukcesu może być jego ciężka praca, a szkolne gwarancje mogą mu jedynie poprawić samopoczucie.

Równie często przewijającą się obietnicą są “małe grupy”. Potencjalny klient może mieć z takim sformułowaniem pewien problem, gdyż jego definicja “małej grupy” może odbiegać od definicji proponowanej przez szkołę. W rzeczywistości większość szkół na znanym mi lokalnym rynku proponuje standardowy rozmiar grup, to znaczy od 10-12 osób (mniejsze w przypadku dzieci), co jest wielkością finansowo i metodycznie uzasadnioną. Wbrew narzekaniu niektórych uczniów i rodziców, że taka grupa jest “za duża”, praktyka wydaje się potwierdzać, że jest to optymalna liczba uczniów, która zapewnia odpowiednią ilość czasu poświęcanego przez nauczyciela indywidualnym uczniom, pozwala na pracę w parach i grupach, wprowadza pewne poczucie współzawodnictwa i sprzyja atmosferze na zajęciach. Wielokrotnie usiłuję przekonać, zwłaszcza rodziców, że takie rozwiązanie dla ich dzieci jest jak najbardziej wskazane, i że lekcje indywidualne pozbawione są pewnych pozytywnych elementów, jakie zapewnia praca w grupie. Są, oczywiście, osoby, które po prostu nie lubią pracować w grupie lub potrzebują “nadrobić” określoną partię materiału i nie odstrasza ich wyższa cena lekcji indywidualnych, dlatego każda szkoła musi być przygotowana również na tego rodzaju klienta. Podsumowując, potencjalny klient może bezpiecznie założyć, że w większości szkół zostanie umieszczony w grupie o standardowym, “małym” rozmiarze.

W owym marketingowym wyścigu zbrojeń niektóre szkoły uciekają się do dość desperackich, a społecznie niepożądanych metod, rozklejając swoje ogłoszenia, mówiąc potocznie, “gdzie popadnie”, łącznie ze słupami i latarniami ulicznymi. Nie przeraża ich oczywiście fakt grożących im za to sankcji administracyjnych (według miejscowej Straży Miejskiej w grę wchodzi mandat karny w wysokości do 1000,- złotych – wieść gminna niesie, że niektórych stać na płacenie mandatów, które traktowane są jako inwestycja w reklamę) ani irytacja wielu mieszkańców poszczególnych ulic czy bloków uraczonych kolejnymi “ozdobami” na klatkowych lamperiach, które uatrakcyjniają i tak już “atrakcyjny” wygląd ciągów komunikacyjnych w ich domostwach. Jest to problem wynikający ze zwykłego braku szacunku do potencjalnych klientów i jest w gruncie rzeczy nieuczciwą konkurencją. O tym, że praktyki tego typu są irytujące dla lokalnej społeczności przekonałem się sam pytając o możliwość rozwieszenia plakatów w jednej z gmin. Urzędnik, z którym rozmawiałem powiedział, że nie ma żadnego problemu, ale, jak dodał: “błagam, tylko nie na drzewach i słupach – są od tego tablice!”

W litanii obietnic składanych przez co niektóre szkoły brakuje zapewnienia o poważnym podejściu do swojej (modne dziś słowo) “misji”. Poważna szkoła poważnie traktuje swój image, swojego klienta, a także swoich konkurentów, dlatego używa poważnych metod reklamowych i gra fair. Rozmienianie się na drobne jest po prostu nieprofesjonalne. Mówiąc po angielsku, jest to zwyczajny promocyjny “bullying”.

Ustabilizowane instytucje nie korzystają z takich metod, gdyż najlepszą (i darmową!) reklamą jest dla nich “poczta pantoflowa” i zadowolenie ich klientów. Z moich prywatnych badań statystycznych wynika, że przytłaczająca większość uczestników kursów językowych trafia do danej szkoły dzięki rekomendacji znajomych lub krewnych. Tylko nieliczni przyznają, że wybrali daną szkołę w oparciu o inne źródła informacji, takie jak książka telefoniczna, szyld na budynku, plakat w autobusie, strona internetowa, itp. Taki wynik badań potwierdzili inni dyrektorzy metodyczni prywatnych szkół językowych, z którymi miałem przyjemność rozmawiać na konferencji zorganizowanej dla nas przez wydawnictwo Longman kilka lat temu. Usłyszałem tam nawet o ekstremalnych praktykach, stosowanych na przykład przez jedną ze szkół warszawskich, która co roku inwestowała w promocję swojej działalności wśród lokalnej społeczności okrągłą sumę… zero złotych, gdyż metoda ta przynosiła znakomite efekty – ich renoma i reputacja były najlepszym magnesem. Działali według starej zasady, że jeden zadowolony klient przyprowadzi następnego, a jeden niezadowolony klient zniechęci potencjalnych dziesięciu.

Przyglądając się trwającej pomiędzy szkołami językowymi wojnie marketingowej można odnieść wrażenie, że część z nich rozpaczliwie stara się ugotować zupę z gwoździa. Niektóre materiały promocyjne przypominają listę funkcji wydrukowaną wielkimi literami na niemiłosiernie kolorowych opakowaniach najprostszych pod słońcem magnetofonów niewiadomej produkcji, dostępnych za kilka złotych w hipermarketach, a umieszczoną na nich z desperackim zamiarem przekonania konsumenta, że rzeczy oczywiste są czymś wyjątkowym. Z takiej listy możemy się na przykład dowiedzieć, że zakupiony przez nas rewelacyjny produkt jest fantastyczną inwestycją, gdyż a) odtwarza taśmy magnetyczne najnowszej generacji, b) nagrywa na taśmy magnetyczne najnowszej generacji, c) przewija w przód taśmy magnetyczne najnowszej generacji, d) przewija w tył taśmy magnetyczne najnowszej generacji, i w końcu – co najważniejsze – e) działa na baterie…

Co ma zatem zrobić nieszczęsny, pragnący mleka konsument postawiony przed dylematem wyboru odpowiedniej mleczarni? Co ma począć w obliczu zafundowanego mu kolorowego zawrotu głowy? Która mleczarnia wlewa w kartony ten mityczny eliksir sukcesu (w tajemnicy przed konkurencją hodując na mazurach alpejskie krowy), a która tylko wodę?

Wydaje się, że wybór odpowiedniej szkoły językowej nie powinien nastręczać zbyt wielu trudności osobom, które zdadzą sobie sprawę z omówionych powyżej “chwytów reklamowych”, nie zawsze opartych na logicznych przesłankach, i zastosują prostą procedurę eliminacyjną zadając sobie kilka podstawowych pytań.

Można wyjść od zasadniczego założenia, że jeśli prawie każda szkoła stosuje te same metody nauczania (z wyjątkiem nielicznych szkół stosujących metody alternatywne), zatrudnia nauczycieli z tym samym wykształceniem metodycznym (z tytułem co najmniej licencjata – nie polecam zawierzania swoich pieniędzy instytucjom zatrudniającym osoby, które po prostu “znają język obcy, bo były za granicą”), ma do dyspozycji te same, ogólnodostępne materiały dydaktyczne i egzaminacyjne, pozostaje nam określić nasze preferencje co do lokalizacji, jakości obsługi, warunków finansowych, warunków lokalowych, itp. Można by zaproponować swego rodzaju listę pytań, które pomogą w dokonaniu takiego wyboru:

  • Którą szkołę poleca mój znajomy czy krewny i dlaczego (“Insiders” są chyba najlepszym i najbardziej obiektywnym źródłem informacji)?
  • Czy szkoła posiada kompetentnego dyrektora / koordynatora / metodyka, który nadzoruje testy i zajęcia, i potrafi udzielić fachowych i wyczerpujących informacji?
  • Czy zadowala mnie cena kursu i warunki płatności?
  • Czy podręcznik wliczony jest w cenę kursu (nie wpływa to, bynajmniej, na jakość samego kursu, a tylko na grubość naszego portfela)?
  • Co, poza lekcjami, otrzymam w zamian za wpłaconą kwotę (test kwalifikacyjny, korzystanie z biblioteki, dostęp do dodatkowych materiałów, konsultacje indywidualne, itp.)?
  • Czy szkoła prowadzi dokumentację kursów (dzienniki), na podstawie której wystawi mi zaświadczenie ukończenia kursu i rozliczy się ze mną z ilości lekcji?
  • Czy podobają mi się warunki lokalowe, estetyka, zaplecze sanitarne, czy dobrze będę się czuł we wnętrzach szkoły?
  • Czy szkoła ma dogodną lokalizację i czy łatwo jest do niej dojechać?
  • Jeśli dojeżdżam samochodem, to czy znajdę w pobliżu miejsce parkingowe?
  • Czy w razie braku miejsc lub grupy na odpowiednim poziomie zostanę skierowany do innej szkoły?
  • Czy widać, że szkoła inwestuje w swój rozwój i polepszanie warunków i jakości usług, czy też nastawiona jest tylko na maksimum zysku przy minimum inwestycji?
  • Czy w swojej działalności dydaktycznej i promocyjnej szkoła szanuje prawa i zasady społeczne, a także konkurencyjne szkoły?
  • Oczywiście ciężar gatunkowy poszczególnych pytań będzie różny dla różnych osób w zależności od ich priorytetów, jednak podsumowują one w zasadzie wszystkie dziedziny, na które powinno się zwrócić uwagę przed podjęciem ostatecznej decyzji.

Życzę wszystkim dokonania właściwego wyboru, jak najlepszych wrażeń i zadowolenia z wybranej szkoły, a przede wszystkim sukcesu i determinacji w tej trudnej sztuce przyswajania języka obcego. And remember: Milk (not the container!) is good for you.

Bogusław Pajda jest z wykształcenia filologiem angielskim w zakresie nauczania języka angielskiego, absolwentem Uniwersytetów Jagiellońskiego i Śląskiego, pracownikiem Instytutu Języków Obcych PWSZ, tłumaczem przysięgłym języka angielskiego, byłym dyrektorem metodycznym, a obecnie dyrektorem i współwłaścicielem prywatnej szkoły językowej.

UWAGA: Publikacja i kopiowanie całości lub fragmentów artykułu w jakiejkolwiek formie jest dozwolona wyłącznie za pisemną zgodą autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − fifteen =